środa, 5 lutego 2014

Prolog.

Wróciłam do domu rzucając buty gdzieś w przedpokoju i szybko poszłam do swojego pokoju. Jak zwykle siedziałam tam sama, czasami wpadł ojciec. Wpadał, gdy nie był pijany. Codziennie się z nim kłóciłam, nie było dnia, żeby wszystko było dobrze. Byłam jedynaczką, więc nie mogłam liczyć na wsparcie brata czy siostry. Z wszystkim musiałam radzić sobie sama. Włączyłam laptopa i zalogowałam się na Facebooka. Akurat w tym momencie wszedł ojciec. Nie obeszło się bez kłótni. Kolejny dzień, gdy przyszli jego koledzy. Prawie zawsze tu byli. Już mi to przestało przeszkadzać, zwyczajnie to olałam. Zamykałam się w swoim ciasnym pokoju i wszystko na około miałam za przeproszeniem w dupie. Nie obchodził mnie mój ojciec, ja jego też nie, byłam zdana na siebie. W szkole nie utrzymywałam z nikim kontaktu. Wolałam siedzieć sama niż w grupce kilku osób, a potem cierpieć z powodu jakiejś kłótni. Nie byłam taka! Różniłam się od tych wszystkich dziewczyn w mojej szkole. Jakoś pasował mi mój własny świat. Taki szary, czasem nawet bez koloru. Wyłączyłam komputer i chciałam położyć się spać, ale przypomniałam sobie o najważniejszym! Nie przywitałam się dzisiaj z moim największym szczęściem. Wyciągnęłam z szafki małą żyletkę i najpierw nieśmiało przejechałam po ręce, a potem coraz śmielej robiłam większe i głębsze rany. Nie czułam już bólu, przyzwyczaiłam się do tego. Cięłam się, bo nie dawałam sobie sama psychicznie rady z moimi problemami. Krew lała się z moich nowych ran, a mnie zawsze to uspokajało. Widok krwi na podłodze, łóżku, chusteczkach, na wszystkim działał na mnie uspokajająco. Gdy skończyłam odłożyłam żyletkę na swoje miejsce i próbowałam zasnąć. Tak, próbowałam! Krzyki z dołu mi na to nie pozwalały. Przewracałam się z boku na bok, ale bez skutku. Udało mi się zasnąć dopiero nad ranem. Uff! Całe szczęście jutro sobota, więc mogłam pospać trochę dłużej. Czasami zastanawiałam się czy nie byłoby lepiej gdyby ktoś mnie zaadoptował. Może miałabym normalny dom, rodzinę, a nie wiecznie pijanego ojca. A tak! Nie wspomniałam o mamie,ale...nie mam jej! Umarła, gdy miałam jakieś pół roku. Znam ją z fotografii, które dawniej oglądałam z babcią. Chciałabym się teraz do niej przytulić czy wypłakać, wypłakać jak małe dziecko. Czasami tego potrzebowałam, ale wtedy zwykle brałam poduszkę i w nią płakałam. Ojciec podobno załamał się po śmierci mamy, dlatego zaczął pić. Nie wiem ile w tym wszystkim prawdy, wiem to z opowieści babci i siostry ojca. Kiedyś niby był normalny. Nie wierzę w to! Odkąd pamiętam przychodził do domu nawalony w trzy dupy i nie wiedział nawet jak się nazywam. Nienawidziłam go! Chociaż w głębi serca kochałam go, przecież miałam tylko jego. Liczyłam na to, że się zmieni, że pójdzie na odwyk, że wszystko się ułoży. Dużo bym dała, żeby przestał pić. Już wszyscy go na to namawiają. Babcia, jego siostra, ja, bez skutku. Mówi, wtedy, że to jego życie, żeby się nie wtrącać. Codziennie przez niego płaczę, wylewam kolejne nic dla niego nie warte łzy. On nie potrafi zrozumieć, że chciałabym mieć normalne życie, normalną rodzinę! W sobotę wstałam z łóżka i zeszłam na dół. Smród dymu z papierosów unosił się nad kuchnią, a w salonie było aż szaro, na stole leżało mnóstwo butelek po alkoholu i kilka opakowań po pizzy. Otworzyłam okna, żeby to wszystko wywietrzyć, bo śmierdziało niemiłosiernie! Ojca nigdzie nie było. W sumie mnie to nie dziwiło. Pewnie poszedł już pod sklep 'nabrać energii' na nowy dzień. Nagle usłyszałam, że ktoś schodzi po schodach. Trochę się przestraszyłam, bo myślałam, że jestem sama. Ku mojemu zdziwieniu z góry zszedł mój ojciec, jeszcze trzeźwy. Uśmiechnął się do mnie, a ja szybko odwróciłam głowę. Wydawało mi się, że to tylko sen, kolejny piękny sen, ale nie, tak było! Posprzątałam te wszystkie butelki, a on w tym czasie zrobił śniadanie. W ciągu dnia nie odezwaliśmy się do siebie słowem, skończyło się na krótkiej wymianie słów przy śniadaniu. Nie kryłam przed nim moich ran, dobrze wiedział, że się tnę, wiedział też, że przez niego i do tej pory jakoś nic z tym nie zrobił. Posprzątałam po śniadaniu i wróciłam do swojego pokoju. Słyszałam tylko dźwięk telewizora dochodzący z dołu. Znów oglądał jakiś mecz, zaraz znów przyjdą jego koledzy, otworzą kolejne piwo i będą chlali do upadłego. Chciałam uciec, a nie miałam gdzie. Wszyscy mieszkali daleko, a poza rodziną nie miałam nikogo. Wcale się nie pomyliłam! Pili do trzeciej nad ranem! Oszaleć można. Jeszcze, żeby siedzieli cicho to by mi to nie przeszkadzało, ale darli się tak, że w całym domu ich było słychać! Miałam dość tego wszystkiego. Założyłam na uszy słuchawki i włączyłam jakąś piosenkę z polskiego rapu. Aż sama się sobie dziwiłam! Zwykle słucham czegoś normalniejszego. Piosenka była tak beznadziejna, że chyba wolałam słuchać ich jęków niż tego ścierwa. Wcale mnie nie dziwi to, że polski rap jest tak beznadziejny, a główny temat to poniżenie kogoś! Wyłączyłam to i położyłam się na łóżku. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam. Obudziłam się około południa w niedzielę. W sumie tato mnie obudził. Zapytał czy zjem z nim obiad. Zeszłam, byłam cholernie głodna. Nie wiem czy obiad zrobił sam czy go gdzieś kupił, ale smakował mi. Po obiedzie wzięłam tabletki i popiłam je wodą, a potem powędrowałam na górę wcześniej dziękując za wspólny posiłek. Modliłam się, żeby dziś nie przyszli koledzy taty. Nie miałam ochoty wysłuchiwać ich w moim salonie. Bóg mnie chyba kocha, nie przyszli dzisiaj! Za to około dwudziestej drugiej do mojego pokoju wszedł ojciec. Oznajmiłam mu, że nie mam ochoty się kłócić, ale tylko po to przyszedł. Chciał wyciągnąć ode mnie kasę na piwo. Powiedziałam, że nie dam mu ani grosza. Wyszedł trzaskając drzwiami. Miałam ochotę płakać, ale sama nie wiedziałam dlaczego. Przecież miałam na niego wyjebane. Jego nie obchodziły moje uczucia, mnie nie obchodziły jego. Tak zawsze w naszym domu było i podejrzewam, że zawsze zostanie. Czasami trochę zazdrościłam tym szczęśliwym rodzinką w telewizji. Uśmiechniętych, spędzających razem czas. Ja nigdy tego nie doświadczyłam i nigdy nie doświadczę. A szkoda! Wiele bym dała, żeby być teraz blisko mamy, przytulić ją i porozmawiać o wszystkim. Wyobrażałam sobie jak było by cudownie! Często myślałam dlaczego to ja mam tak zepsute życie, a nie ktoś inny. Wszyscy narzekają jak to kłócą się z rodzicami, bo nie chcą im dać pieniędzy na nowe buty. Chyba nie wiedzą ja inni mają ciężko, np. ja! Chciałabym się kłócić o takie rzeczy. Oni nie muszą codziennie oglądać pijanego ojca, słuchać obelg rzucanych przez obcych ci ludzi, nie wiedzą jak to jest mieć 'chujowe życie'! Mało kto to wie, mało kto tego doświadczył. Trochę szkoda mi tych osób, które są w Domach Dziecka, oni dopiero muszą mieć ciężko, ale ja wiem co oni czują, przecież te niewinne dzieci trafiają tam, bo są tak traktowane przez rodziców jak ja przez swojego ojca. W poniedziałek rano obudziłam się chwilę po tym jak zadzwonił mi budzik. Szybko się ubrałam i niemal wybiegłam z domu. Miałam dość siedzenia z tym pedałem pod jednym dachem. To i tak długo wytrzymałam, całe trzy dni! Szłam do szkoły przez park, ze spuszczoną głową, ze słuchawkami w uszach i miałam totalnie wyjebane na to co działo się dookoła. Doszłam do szkoły chwilę przed dzwonkiem na pierwszą lekcję. Ludzie z mojej klasy jak zwykle siedzieli na parapetach i śmiali się z wszystkiego co ich otaczało. Część osób to i tak jebane ćpuny siedzące w jednej klasie już któryś rok z kolei. Niektórzy nauczyciele już nie zwracają na nich uwagi, modlą się tylko, żeby wreszcie zdali i wyszli z tej szkoły. Każdy ma ich dość. Zaczęłam tydzień od nudnej fizyki i jakieś obliczeń, których w ogóle nie zrozumiałam! Całą lekcję siedziałam i odliczałam czas do dzwonka nie skupiając się na tym co mówi pani. Wreszcie minęło to czterdzieści pięć minut katorgi i zadzwonił ten upragniony dzwonek. Szybko spakowałam rzeczy do plecaka i wyszłam z klasy. Kolejna jakże ciekawa lekcja, czyli matematyka. Myślałam, że zemdleję! Stwierdziłam, że i tak nie mam zeszytu, więc nie opłaca się iść na lekcję i słuchać tych wykładów na temat nieprzygotowania do lekcji i tak dalej. Postanowiłam zrobić sobie małe wagary. Wyszłam ze szkoły i poszłam w stronę dworca kolejowego. Sprawdziłam kiedy mam jakiś autobus do babci. Miałam za dziesięć minut także w porę przyszłam na odpowiednie miejsce. Gdy podjechał właściwy autobus to kupiłam bilet i zajęłam pierwsze lepsze miejsce. Moja podróż trwała z dwie godziny. Zdążyłam zasnąć. Obudziło mnie gwałtowne zahamowanie. Nie wiedziałam co się stało. Okazało się, że autobus potrącił jakąś kobietę na pasach. Boże! Kto dał temu kierowcy prawo jazdy?! Gdy na miejsce dojechało pogotowie stwierdzili zgon starszej pani. Biedna! Zginęła przez jakiegoś pijanego skurwiela! Kiedy policja badała tego kierowcę to w między czasie przysłali nam innego, żeby nie opóźniać autobusu. U poprzedniego kierowcy-zabójcy wykryto dwa promile alkoholu we krwi! Pomyśleć, że ludzie, którzy jechali w tym autobusie w tym ja mogliśmy zginąć śmiercią tragiczną zahaczając się o jakieś drzewo. Wolałabym tą wersję niż, żeby zginęła starsza pani, która jeszcze kilka lat mogła pożyć, a ja i tak się na tym świecie męczę, ale trudno. Jest już po fakcie, nic już się nie da zrobić, a czasu nie cofniemy. 
''Ile bym dała, żebyś chociaż się uśmiechnął!''

***
:)))


1 komentarz:

  1. szczerze ? Podoba mi się...ale :
    wygląd odpycha
    nagłówek przyciąga
    Tyle w temacie :))
    http://nowe-opowiadanie.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń